ROK 2002

     Gdy wszystko układa się po myśli, widmo katastrofy wydaje się czymś nieprawdopodobnym.  Monotonia codziennych czynności usypia jak nudny film. Czujność leniwie przesuwa się po bezkresnych równinach, a życie wydaje się wieczne. To takie złudne i żałosne. Dopóki nogi mocno wspierają się o ziemię, nie istnieje obawa upadku. Ululani rozkoszną stabilizacją, ledwo zauważamy kogoś wokół siebie. Dopiero w obliczu gwałtownej zmiany  na gorsze, czujemy własną nicość i bezradność. Niespodziewanie okazuje się, że giniemy. Ktoś z moich bliskich zachorował. Muszę się z tym uporać.
     Tak się zazwyczaj składa, że stany przygnębienia łatwiej nastrajają do pisania. Chciałoby się wtedy wylać na papier cały żal, pretensje, obawy. Nic tak mocno nie napędza  natchnienia jak rozpacz, strach, zmartwienie. Gdy jestem radosna, nie czuję potrzeby przelewania tego na papier, pisania o swoim szczęściu.  Dlaczego nie pisze się książek o ludziach szczęśliwych? A jeśli nawet powstaną, określa się je szmirami. Dlaczego szczęście nudzi, a rozpacz fascynuje, ból jest twórczy a radość dekoncentruje? Dlaczego ludzie tak chętnie karmią się cudzym nieszczęściem?
     Patrzę na rząd drzew przy drodze. Stoją obok siebie, nagie, bez liści, trochę przypominają ludzi. Pochyłe, szerokie i szczupłe, dumne lub przygarbione, jakby nosiły na plecach ciężar całego życia. Pomiędzy pniami prześwituje szarość wody. To jezioro, w którym odbija się pochmurne niebo. Aura pogłębia w ludziach depresję i jest natchnieniem, do smutnych przemyśleń. Człowiek tak mało może i tak wiele potrafi. Wydziera naturze jej prawa, ustala własne i próbuje dociec, co było na początku. Najnowsze odkrycia astronomów dowodzą, że początkiem wszystkiego czym obecnie jesteśmy, jest pyłowy welon kosmicznych cząsteczek, materia, z której prawdopodobnie powstają wciąż nowe planety. Są to skamieniałe cząstki istot nieistniejących już od dawna na powierzchni Ziemi, będących przed milionami lat zaczątkami życia. Takie zarodki żywej materii rozsiane w kosmosie, które gdy znajdą dla siebie żyzny grunt, zapuszczają korzenie. Może to działa jak drożdżowy zaczyn rosnący przez miliardy lat? Może każdy z nas nosi w sobie taką cząstkę zaczynu, małego kosmicznego ciastka, wehikułu z praczasów, wynoszącego nasze myśli w przestworza, a marzenia w niedostępne krainy? Może jesteśmy cząstkami żyć, które istniały w dalekich układach, na innych planetach i przeniesione tu w kosmicznej chmurze odrodziły się na nowo? Może nasza duchowość pochodzi z gwiazd, z szerokich przestrzeni wszechświata, dlatego jest taka ulotna i chwiejna, my zaś, rozdarci przez wielokrotność przekształceń wciąż szukamy, sprawdzamy, gonimy? A miłość, tak wiele dla człowieka znacząca? Czym jest dla wiecznej przestrzeni i wszechświata? Czy tylko sposobem na pomnażanie osobników, czy jak  u nas na Ziemi, niewyczerpanym źródłem natchnienia, studnią ludzkich przypadków i opoką wszelkich poczynań? Zaczynając od biblijnego duetu Adama i Ewy, wygnanych z rajskich ogrodów za miłosne przestępstwa, poprzez znane z historii i literatury tragiczne pary kochanków, dla których miłość była silniejsza niż śmierć, kończąc na wielkich tragediach zwykłych ludzi – czym była dla nich? Naukowcy nie znaleźli  śladów miłości ani w tkankach nerwowych mózgu, ani w sercu. Więc gdzie rodzi się ta fenomenalna i niepojęta halucynacja? Targają nami przeróżne emocje, obawy, stany. Tyle w nas jeszcze do zbadania.
     Człowiekowi chorowitemu, łatwiej pogodzić się z kolejną niedyspozycją, biednemu z wiecznym oszczędzaniem, zdominowanym z kolejnym uciskiem. Gdy pewnego dnia moje zdrowie nagle podupadło, wpadłam w panikę. Pomyślałam, że to już koniec, że śmierć zajrzała mi w oczy. Gdy zabrakło w portmonetce pieniędzy na benzynę, życie straciło swój sens, gdy mężczyźni przestali oglądać się za mną na ulicy wpadłam w ciemną rozpacz. Kiedy zostałam oszukana, mój świat rozsypał się w gruzy. Trzeba wielu doświadczeń, by z honorem znieść porażkę i dzielnie stawić czoła przemijaniu i odchodzeniu.
     Co innego przemijanie pór roku. Tkwi w nim pewna czarowna moc i jedyna w swoim rodzaju magia. Ta moc daje nam możliwość czerpania wiecznych nadziei na nadejście wiosny. Czujemy się wtedy, jakbyśmy się co roku odradzali na nowo, z nowym zapasem sił, podminowani energią i radością, że oto wszystko zaczyna się od początku. Gdy koło czasu postawi nas znowu w tym samym miejscu i pokaże swoją świeżutką twarz, przestają liczyć się zmartwienia.

     Najpierw palą się ogniska w ogrodach. Ten zapach jest jak kartka w kalendarzu. Palenie gałęzi, suchych liści, zbutwiałych resztek, to pierwszy gwizdek na start. Wiosenne porządki w ogrodach, w szafach, na strychach, w piwnicach –  coroczny rytuał. Lato – urlopy, spotkania, opalona skóra, ciało prawie nagie, cudownie swobodne, woda, las – wędrówki ludu w cztery strony świata.  Jesień – smutek rozstań, latawce, szelest liści, krople deszczu na szybie, nostalgia święta zmarłych. Zima - ucieczka w domowe pielesze, książki, śnieg, święta... Cóż za różnorodność!  Czy życie może być nudne? Czy nie szkoda go na podsycanie zmartwień? Tak silna jest obecność czasu w naszych myślach, że trudno się skupić nad własnym szczęściem. No więc cóż? W końcu spoglądam ze spokojem na wiotką skórę moich dłoni. Na fioletową siatkę żyłek na niegdyś aksamitnych udach, spuchnięte kostki nadgarstka, na debet na koncie. Wykreślam z pamięci  zmartwienia i siadam w fotelu z książką i malinową herbatą. Nogi opieram wyżej, by krew krążyła w nich bez przeszkód i czuję się doskonale.   Odpoczywam – ładuję akumulatory na kolejny dzień czekający już za horyzontem mroku. A gdy budzik o szóstej trzydzieści oznajmi kolejny dzień pracy, zastanawiam się czy jeszcze mi się chce, czy po prostu muszę.
     Jakże zachwyca nas i urzeka życie pustelnicze. Każdy w skrytości ducha marzył kiedyś, by zamknąć się przed światem w jednej cichej izbie i leżąc na boku patrzeć przez otwarte okno na niebo, czytając w nim jak w księdze mądrości. Nacieszyć się sobą i tym, że nic nie muszę, nic nie potrzebuję, nikt ode mnie niczego nie oczekuje. Gdy przytłoczy mnie nawał spraw, zaczynam źle funkcjonować. Próbuję uwolnić się od balastu i skoncentrować na odpoczynku, ale to, nie zawsze wychodzi. Ciekawe, jak wiele faktów z cudzego życia przenika do naszego i wpływa na jego bieg. Byłoby dużo łatwiej, gdyby szczelnie oddzielić, to, co dotyczy jednej części dnia – tej zawodowej, od drugiej – rodzinnej, i każdą z nich budować bez tych wszystkich obciążeń. Ileż myśli tłucze się w głowie każdego ranka, zanim uda się je uporządkować i ze spokojem skupić uwagę na pracy, z drugiej strony móc wejść do domu bez finansowych udręk, bez ogromu pretensji, które ktoś wtłoczył w nas, bez ludzkich problemów wyjawionych w przypływie rozpaczy, bez świadomości tej niemocy, którą jesteśmy okaleczeni?
     Gdy czasami myślę o sensie codziennych zmagań, nie mogę uwierzyć, że w obliczu wieczności  znaczą tak niewiele, a ludzkie uwijanie jawi się jak bezwartościowe dreptanie w miejscu. Jesteśmy jak łuk mostu przerzucony z brzegu narodzin, do brzegu śmierci, po którym przesuwają się zdarzenia. Gdy w myślach przeglądamy swoje życie, jakbyśmy patrzyli na kogoś obcego. Z upływem czasu nie rozpoznajemy w nim siebie, ani zdradzonych marzeń, ani zawiedzionych ambicji, ani własnej twarzy. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia sprzed lat, by zrozumieć jak niewiele nas łączy z tym tłuścioszkiem na baraniej skórze, z tym chłopcem z rozbitymi kolanami, z tą panną o nogach szczupłych jak gazela, z pryszczatym młodzieńcem.
     Życie w trakcie przeżywania jest tak intensywne, że w codziennym pędzie nie czuje się w pełni jego smaku. Nie rozmyśla nad tonacją uczuć, nie odbiera własnych wrażeń w sposób przemyślany. Jest tak niewiele czasu na rozkosze ducha, przebiegamy przez życie w pośpiechu, nawet nie czując gdy nasz okręt przybije do portu. Tam czeka tylko ostatnia wieczerza, do której zasiądziemy zgorzkniali i zmęczeni. Za nami nasza przeszłość sfilcowana jak stary sweterek.
     We wszechświecie istnieje porządek, pewien szablon, układ, powtarzalność form. Tkanina ma wątek i prostopadłą do niego osnowę. Promienie światła swój określony kierunek i kąt padania. Elektrony krążą po ustalonych torach, planety wokół orbit. Obowiązują prawa matematyczne i zasady fizyczne, schematy w kształcie brył i budowie komórki. Zawsze życie i śmierć w tej samej kolejności. Tylko ludzkie historie, choć zwykle gdzieś się zaczynają i gdzieś kończą, mają swoje linie rozrzucone w różne strony. Krzyżują się i rozchodzą, znów przenikają, tworzą ze sobą pewne układy, a potem je zrywają. Tak, jakby w tej jednej sprawie porządek nie obowiązywał. A chciałoby się nad tym zapanować. Gdy kończy się miłość i rozpada związek, który tyle kiedyś obiecywał, wszystko przestaje mieć sens. Wspólnie budowany dom staje się pułapką, w sztuczny sposób wiąże to, co może już istnieć tylko oddzielnie. Podobno kocha się mózgiem. Szara eminencja w naszej głowie rejestruje i steruje. Dziwne, bo przecież to serce mocniej uderza na widok kochanej osoby, pogania krew przez tętnice, niczym pompa w szybie naftowym, podnosi ciśnienie. A serce, ten romantyczny organ? Wielka czerwona kropla, zamknięta bezpiecznie w wielu cielesnych powłokach, zawieszona w piersi jak rosa na nici pajęczej, delikatna, wrażliwa, ile potrafi przetrzymać? Miłość mężczyzny do kobiety, męża do żony, starca do staruszki, żyjącego do umarłego. Miłość do wspomnień o miłości. Zmienna, chwiejna, kapryśna, niebezpieczna. Czy da się bez niej żyć?
     Zbliżają się święta. Cały dzień spędziłam na zakupach. Fenomen supermarketów   będzie chyba symbolem obecnych czasów. Czy artystyczne wizje Andy Warhola, przełożone na rzeczywistość, staną się znakiem rozpoznawczym naszej epoki? Warhol doskonale rozumiał psychologiczną zasadę, że jeżeli dostatecznie często pokazywał będzie ludziom swój produkt, ci uznają go za szczególnie wart zachwytu, wyjątkowo godny pożądania. Był przecież specem od reklamy. Twierdził na przykład, że „ Najpiękniejsza rzecz w Tokio to Mc Donald’s. Najpiękniejsza rzecz w Sztokholmie to Mc Donald’s. W Pekinie i Moskwie, nie ma już niczego piękniejszego. Ciekawa jest jeszcze ta prawidłowość, że ilość ludzi przy wózku maleje wprost proporcjonalnie do odległości od kasy.
     Dowiedziałam się od swojej córki o chorobie Jacka Kaczmarskiego.  W jego poezji zakochałam się całkiem niedawno. Z niecierpliwością czekałam na kolejny koncert. Już go nie będzie. Nie nagra kolejnej płyty, nie zaśpiewa swoim zachrypniętym głosem pieśni o tytanach, o Orfeuszu, ani o Głupim Jasiu. Przewrotny los, odebrał mu to, co miał najcenniejszego: głos. Nie potrafię wyrazić swojego żalu.
     Człowiek jest jak kruche naczynie. Łatwo pęka od pierwszego, lepszego wstrząsu. Ciało człowieka nagie i bezbronne, od samej natury, potrzebuje pomocy. Jest przecież zrobione ze słabych i nietrwałych elementów. Choć piękne w swojej formie, to takie niewytrzymałe. Człowiek jest dla siebie wiecznym źródłem zmartwień. Jest pełen wad i słabości ducha. Rozpoczyna życie od płaczu i płacz po sobie pozostawia. Myśli o rzeczach nieśmiertelnych, wyznacza sobie trudne zadania i kroczy ku nim jakby miał być wieczny.  
     A życie przecież nie rozwiązuje wszystkiego do końca, nie rozdziela sprawiedliwie. Kieruje się nie wiadomo jakimi racjami i robi z człowiekiem, co mu się żywnie podoba. Nie pomogą dobre intencje ani precyzyjny plan, gdy do gry wchodzi przypadek.  Symetria, równowaga, harmonia, porządek rzeczy, porządek świata, zasady, definicje, systemy  - tyle trudu, a potem jedno bum i klapa. Niby wszystko ujęte w ścisłe ramy, w trwałe i uporządkowane zasady, te uporządkowane przez naturę i te przebadane i zapisane przez człowieka. Trzymają się swoich granic, poruszają w określonych obszarach, napędzają postęp. Można by wokół nich zbudować bezpieczny dom, gdyby nie absolutnie nieprzewidywalna kolej ludzkich losów i nie poddający się żadnym kanonom chimeryczny zbieg okoliczności. Bo ludzkie przypadki nie trzymają się żadnych reguł. Gnają przed siebie w szalonym pędzie, zaczepiając o nieplanowane zdarzenia, uderzają głową w mur, roztrzaskują się na przeszkodach, spadają na dno, czasem podnoszą się z niego, czasem nie. Gdyby wykreślić ich przebieg na papierze logarytmicznym, nie przypominałby elektrokardiogramu zdrowego człowieka, lecz wykres z maszyny do wykrywania kłamstw.
     Jedni mówią, że życie jest formą istnienia białka, jakąś biochemią, czy biofizyką i to im wystarcza. Niektórzy tłumaczą sobie ludzki byt nieuchronnością boskich poczynań i ich celem jest osiągnięcie ideału, boskiego raju – wyspy wiecznego szczęścia. Jesteśmy jedyni i niepowtarzalni, ale zbyt słabi. Wkoło nas kłębi się tyle pułapek. Wciąż nie wiemy jak potoczą się losy klimatu na ziemi, wiszącej nad nami dziury ozonowej, związanego z tym efektem cieplarnianym. Natura, silniejsza od człowieka może położyć kres ludzkim myślom. AIDS, choroba wściekłych krów, rak, stwardnienie rozsiane, schizofrenia, choroba Alzheimera, nerwice, depresje, i inne widma śmierci, z którymi nie możemy sobie poradzić. Klonowanie, kolejny cud myśli człowieka, to następny problem – to zabawa z genami, w której jeszcze nic nie wiadomo. A tu takie piękne niebo o zachodzie, kwitnące drzewo wiśni, podrywające się znad łąki stado ptaków. Jak cudnie przejść się wieczorem po łące, gdy cienie ścielą się nisko, a światło jest ciepłe i prawie dotykalne. Gdy patrzę na mój wielki ogród, na białe brzozy w moim parku, delikatne jeszcze, ledwo zielone, gdy myślę ile dostałam, za każdym razem dziękuję Stwórcy za hojność.