Umierają nam Matki.
Umierają nam Matki. A my, ich córki i ich synowie jesteśmy bezradni. Kiedyś, jak Kariatydy stały murem za nami, potem kruche i słabe promieniały miłością modląc się o jutro dla dzieci, wnuków, prawnuków, a teraz zostawiają nas same. Jak bez nich żyć, bez tej mentalnej podpory, bez domu, do którego chce się bez końca wracać, bo w nim zaklęty jest raj dzieciństwa, bezpieczny azyl, krew z krwi, komórka z komórki.
Czuję skrywany ból tych, które już są starymi sierotami. Same mają po 60 lat, ale czują jak dzieci i jak dzieci tęsknią, za tą matczyną, bezbrzeżną miłością.
Pamiętam ile było rozmów o naszych matkach, najpierw o tyrankach, potem o matkach Polkach, a ostatnie lata, przy kieliszku wina i babskich rozmowach - wymiana koleżeńskich porad jak matce pomóc. Który lekarz lepszy, gdzie, jakie badanie, co zapisał, czy pomaga, a może odstawić? Dzwoniła, znów gorzej, trzeba jechać, jutro, a najlepiej dzisiaj, strach podnieść słuchawkę, serce zamiera, głos traci siłę, że co, szpital? Aż kręci się w głowie, komórka jak żagiew w dłoni.
Trudno mi pisać te słowa. Jak zawsze, gdy myślę o swojej mamie zalewam się łzami. To jest silniejsze niż zdrowy rozsądek i znajomość praw ludzkiej natury. Przecież wiem, że tak być musi, a jednak, dlaczego, dlaczego tak ciężko? Czy to biologiczna więź między dziećmi, a matką? Dokąd sięga łańcuch zależności? Pewnie jest w nieskończoności, przecież nikt nie narodził się z dymu z mgły, ani z piasku, tylko zawsze z jakiejś kobiety. Może to łączność poza rozumami płynąca w duchowej przestrzeni, przecież wyszłyśmy z siebie, jedna z drugiej i tak po kolei.
Moja mama jest jeszcze ze mną, ale wiem, że tylko do czasu? Czy zdążę się przygotować, oswoić? Próbuję, ale słabo mi to wychodzi. Czytam książki, poradniki, dużo o tym rozmawiam, często ze specjalistami od bólu i rozstań, ale nie pomaga, więc płaczę już teraz na myśl o dniu, w którym to się stanie.
Ze śmiercią matki trudno się pogodzić. Kiedy odchodzi ojciec też płaczą córki, ale jakoś inaczej – wszak to mężczyzna i trudy zwykł dzielnie znosić. To przynależy męskiemu rodowi, że śmierć i fizyczne cierpienia przechodzi z podniesionym czołem i trzyma fason do końca. Bądź dzielny, tato, bycie dzielnym, to twój obowiązek. Poradzisz sobie, walczyłeś przecież na wojnie, nosiłeś ciężary, dawałeś wycisk podwładnym, potrafiłeś wszystko naprawić, zakleić, załatać, zrobić. Dla ciebie śmierć, to pestka. Ale matka? Taka skulona, malutka, z oczami pełnymi życia, a zobacz, jaka bezbronna, słaba i chora. Ocal ją, jak kiedyś robili to wielcy rycerze.
Tak, to tylko bajki, życie nie jest aż takie bajkowe, i nie kończy się happy endem. Trzeba się ciągle zmagać z utratą i cierpieć tęsknotą. Można tylko ten wiersz czasami wyszeptać, na pocieszenie sierotom po sześćdziesiątce.

TA JEDNA SZTUKA

W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie
straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy.

Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze.
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.

Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz – wejdzie ci w nawyk
utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.

Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy
blask dawnych domów? Dzisiaj – blady cień, ukłucie
w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.

Straciłam dwa najdroższe miasta – ba, dzierżawy
ogromniejsze: dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę
do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.

Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,
który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce
tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy.

Elizabeth Bishop
tłum. Stanisław Barańczak

Umierają nam matki, zostajemy z tym faktem do końca. Nie można się od tego uwolnić, mimo upływu czasu. Myśl, że ta, która jeszcze niedawno przytulała się do nas, pocieszała w każdym nieszczęściu, przeżywała smutki i radości córek, jak swoje własne, leży gdzieś sama, w ziemi, w drewnianej skrzyni, a my, dobre córki nie możemy ich przykryć kocykiem, żeby tak strasznie nie marzły.
Piszę książkę o mojej matce, mam ten przywilej. Mogę pomyśleć o niej jak o małej dziewczynce z kręconymi lokami w kolorze burgunda, o pannie na wydaniu, o młodej kobiecie, żonie, w końcu o matce. POTEM otworzę książkę i zobaczę ją znowu, od początku do końca, od dziecka po starość i kochać ją będę od nowa, od nowa, od nowa....

noszę twe serce z sobą (noszę je w moim
sercu) nigdy się z nim nie rozstaję (gdzie idę
ty idziesz ze mną; cokolwiek robię samotnie
jest twoim dziełem, kochanie)
i nie znam lęku
przed losem (ty jesteś moim losem) nie pragnę
piękniejszych światów (ty jesteś mój świat prawdziwy)
ty jesteś tym co księżyc od dawien dawna znaczył
tobą jest co słońce kiedykolwiek zaśpiewa

oto jest tajemnica której nie dzielę z nikim
(korzeń korzenia zalążek pierwszy zalążka
niebo nieba nad drzewem co zwie się życiem; i rośnie
wyżej niż dusza zapragnie i umysł zdoła zataić)
cud co gwiazdy prowadzi po udzielnych orbitach

noszę twe serce z sobą (noszę je w moim sercu)

Edward Estlin Cummings
Tł Stanisław Barańczak