maj 2011 

http://www.libertas.pl/moja_virginia_woolf.html

Najbardziej poetyckie jest właśnie to, co nie może być spisane.

Kilka lat temu zainspirowana powieścią Michaela Cunninghama „Godziny”, opublikowaną w 1998 roku i okrzykniętą wydarzeniem literackim, a chwilę po tym wyróżnioną Nagrodą Pulitzera, zainteresowałam się autentycznymi losami jednej z jej bohaterek. Virginia Woolf – angielska pisarka, uważana za jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej dwudziestego wieku, znacząca postać literackiego Londynu i członkini Bloomsbury Group.

Był rok 2003, Wydawnictwo Znak wydało jedną z jej pierwszych powieści „Pani Dalloway”, a właśnie o tę książkę chodziło mi najbardziej, jako że stała się ona kanwą nakręconego w 2002 roku filmu „Godziny”. Nazwisko Woolf obiło mi się wcześniej o uszy, ale głównie za sprawą bardzo głośnej, lecz niemającej nic wspólnego z pisarką sztuki Edwarda Albeego „Kto się boi Virginii Woolf”, zekranizowanej zresztą w 1966 roku i nagrodzonej pięcioma Oskarami. Książka mnie oczarowała. To był początek mojej fascynacji. Utknęłam w Virginii po uszy.

 

Dziennik

Jestem właśnie świeżo po lekturze „Dziennika 1915 - 1941”. To dokument epoki, życia kulturalnego Londynu, modnych pubów, herbaciarni, środowisk artystycznych, ale także – a może przede wszystkim – zapiski z życia i twórczości autorki, książka o jej dramatach, cierpieniach, niekonwencjonalnych relacjach międzyludzkich i wewnętrznych przemianach. To tylko ogólna charakterystyka publikacji, taka, jaką znaleźć można na okładce bądź na skrzydełkach. Książka poruszyła mnie do głębi. Odstawiłam ją przed chwilą na półkę i siedzę przed komputerem usiłując zrobić notatkę z całkiem świeżych wrażeń. Czuję jeszcze drżenie nóg i mocne bicie serca. Minie wiele godzin, zanim wrócę do względnej równowagi. Musiałam się wypłakać w ukryciu, żeby móc normalnie funkcjonować.

Czemu życie jest takie tragiczne, tak bardzo przypomina wąski skrawek ścieżki nad przepaścią? Patrzę w dół… rozmyślam, w jaki sposób uda mi się kiedykolwiek dotrzeć do końca?… To jest poczucie niemożności: poczucie, że jestem osobą nic nie znaczącą… Ta melancholia maleje, w miarę jak ją opisuję. Czemu więc nie robię tego częściej?

Bardzo przeżywam książki, szczególnie takie. W Dziennikach Virginii Woolf odnalazłam siebie, podobne emocje i dylematy. Kiedy autorka z perfekcją koronczarki opisywała swoje stany emocjonalne, miałam wrażenie jakbym widziała siebie, tak samo rozedrganą, roztrzęsioną, przejętą stworzoną przed momentem fabułą. Może to całkiem normalne? Pisarz musi wejść przecież w wymyślony świat i, żeby tekst był prawdziwy, musi żyć realiami swoich bohaterów. Virginia Woolf, postać realna, niezwykle bogata duchowo i barwna, była jednocześnie delikatna i słaba psychicznie. Nie miała siły żyć, przytłaczała ją codzienność, która zdawała się jej miałka i prozaiczna w obliczu tego, co czuła wewnętrznie. Kiedy siadała do pisania, tekst spływał na kartki szerokim strumieniem, a rzeczywistość nabierała liryki, cudownej lekkości i niczym fala płynęła miękko od pierwszej do ostatniej strony. Trzeba dać się ponieść tej fali, wtedy książka zaczyna przemawiać przepięknym językiem. Niektórzy może powiedzą, że to trudna lektura, że ciężko przebrnąć przez pierwsze rozdziały, a potem łatwo się pogubić w fabule, bo jej jakby wcale nie było. Trochę w tym racji, ale nie należy ulegać sugestiom, należy spróbować. Nie wszyscy szukają w książkach historii rodem z powszechnie znanych brukowców, sami jesteśmy przez życie obici, złamani stresami. Może warto zaznać czegoś, co uniesie nad ziemią i wzruszy, pokaże co może być jeszcze piękne i warte szacunku.

Fale

W ogrodzie nad morzem od świtu do zmierzchu, od dzieciństwa po starość, sześciu bohaterów snuje na przemian swoje monologi. Zmieniają się pory dnia, upływają lata, odmieniają się ich uczucia i oni sami, lecz ich głosom niezmiennie towarzyszy ten sam szum morskich fal. „Fale” Virginii Woolf to powieść o przemijaniu czasu i pragnieniu harmonii w chaosie wszechświata. To także literackie studium tożsamości indywiduum oraz tożsamości wspólnoty.

Tak opisuje treść powieści wydawca „Fal”. Nic ująć, nic dodać. Virginia Woolf nie uniosła swojego życia do końca. Pewnego dnia, jednego z trudniejszych dni w 1941 roku, kiedy niemieckie samoloty bombardowały jej ukochany Londyn, kilka dni po tym, jak jej dom na Tavistock Square 52 i wcześniejszy, ukochany, przy Macklenburg Square 37 zostały zrównane z ziemią, grzebiąc najpiękniejsze lata jej życia i twórczości, wyszła z domu w mglisty poranek i poszła na spacer prosto do rzeki z kieszeniami pełnymi kamieni. Przeszła tę cienką granicę łączącą świat realny z jej powieściową fikcją. Często powtarzała, że pisząc czuje się płynącą rzeką, czasami wolno, majestatycznie, innym razem porywana nurtem traciła oddech i mdlała z emocji.

Lata

Życie i twórczość pisarki zostały drobiazgowo opisane przez nią samą w dziennikach. To prawdziwe studium wiedzy o człowieku. Dzienniki Virginii Woolf liczą pięć opasłych tomów, przedstawiają niemal dzień po dniu jej życie. W Polsce dostępny jest tylko jeden z nich, pewien przekrój całości, oddający w sposób możliwie dokładny tamtą epokę. Czytając widzimy wyraźnie jak niewiele różnili się ludzie z przełomu wieku dziewiętnastego i dwudziestego od nas. Dzisiaj zdaje się nam, że od wtedy cywilizacja zrobiła monstrualny krok do przodu, a my, dzisiejsi, jesteśmy od tamtych ludzi dużo mądrzejsi i lepiej wykształceni. Polecam lekturę pamiętników, to świetny dowód na to, jak bardzo się w tym względzie mylimy. Zmieniły się jedynie szczegóły, drobiazgi, raczej w rozwoju techniki, aniżeli w samym człowieku. Doświadczenia kryzysów i wojen niczego nie nauczyły, potrzeba uznania, wiedzy, prawa do wypowiadania siebie, potrzeba wewnętrznej wolności i miłość miały ten sam smak. Ludzie cierpieli, rozpaczali, rozstawali się i łączyli. Były zdrady, rozwody, oszuści, złodzieje, byli ludzie szlachetni i niezwykle utalentowani. Zawiść i zazdrość, dzieci tej samej matki – nienawiści – funkcjonowały obok ludzkiej szlachetności, podobnie ubóstwo i wielka fortuna przechadzały się tą samą ulicą. Były tylko inne kwiatki na obrusach, dłuższe sukienki, gorsze materiały, trzeba było pisać ręcznie listy, więcej chodzić pieszo, dłużej podróżować.

W tej chwili zaczynam czytać „Lata”, jedną z dojrzalszych książek autorki. Powieść została opublikowana w 1937 roku. Tuż przed publikacją książki Virginia Woolf w swoim „Dzienniku” napisała:

Rzadko zdarzało mi się popaść w taką biedę, w jaką wpadłam wczoraj wieczorem około 6:30 wieczorem, czytając ostatnią część „Lat”. Wydała mi się stekiem tak słabiutkich banialuk – takich północnych ploteczek: taką wystawą mojej własnej niedołężności, i do tego jeszcze taką obszerną. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to rzucić tym o stół i z płonącymi policzkami pobiec na górę, do Leonarda. A on powiedział: – Zawsze tak się dzieje.– Ja tymczasem miałam poczucie, że nie, nigdy jeszcze nie było tak źle. A dzisiaj rano, kiedy się w to zagłębiam, zdaje mi się przeciwnie: ta książka jest pełna gwaru i życia.

I później:

No więc przeżywam jedno z najdziwniejszych doświadczeń życiowych – niemal powszechnie „mówi się”, że „Lata” są arcydziełem. Jeśli ktokolwiek by mi tydzień temu ( … ) powiedział, że to zapiszę, podskoczyłabym jak raniony zając. Przecież to było absolutnie nie do wiary!

Powieść „Lata” rzeczywiście osiągnęła wielki sukces, podobnie zresztą jak wszystkie poprzednie książki. Ta jednak przekroczyła granice kontynentu i stała się bestsellerem w Ameryce. Pod domem Virginii zaczęli się gromadzić dziennikarze i chętni sensacji. Proponowano jej trasę promocyjną po USA, oferowano klakierów i pewny sukces. Virginia odmówiła, śmieszył ją ten zgiełk, a celebrowanie brzydziło. Książki miały bronić się same.

Minęło 70 lat od śmierci autorki. Jej powieści są wciąż wydawane, a grono zaczytanych w niezwykłej prozie wzbiera jak wody rzeki Ouse po deszczu. Na literackich blogach spotykam ciekawe dyskusje i słowa zachwytu. Dyskutują zwykli czytelnicy, piszą recenzenci, echa wydanych niedawno książek rozchodzą się w wirtualnym eterze cichym westchnieniem.

Bo jak tu nie westchnąć, kiedy czytamy napisane na dwa miesiące przed śmiercią słowa: Pustka. Mróz. Wciąż mróz. Płonąca biel. Wiązy czerwone. Nie miałam zamiaru opisywać po raz kolejny wzgórz zimą; ale to jakoś przyszło. I nawet teraz nie mogę się powstrzymać, żeby nie patrzeć na wzgórze Asheham, czerwone, purpurowe, gołąbkowo szare, z tym melodramatycznym krzyżem. Co to za zdanie, które wciąż pamiętam - »Wszystko piękno raz ostatni omieć wzrokiem«?

To były słowa wiersza Waltera de la Mare Pożegnanie.

Szkoda, że nie chciała zaczekać, dać świadectwo czasom, które zmieniły świat, szczególnie Europę. Tylko, czy ktoś, jak ona wrażliwy, potrafiłby żyć z pamięcią o latach wojny i nie zwariować?

Przede mną kolejne książki autorki, kobiety bliskiej duchem, choć ciałem tak bardzo odległej. Jedno już wiem na pewno – kto nie boi się Virginii Woolf, ten ją musi pokochać.