POPRZEZ MGŁĘ
Krysi Januszewskiej


Idąc. Wciąż nie wiem dokąd. I od źródeł jakich.
I ku jakim przepaściom. I bez czyjej dłoni
we mgle się rozbijając. I na nieboskłonie
domyślając się ledwie ostrzegawczych znaków.

Mrok mnie oblepia. Od wypatrywania szlaku
 już chyba oślepnę. Moje stopy poranione
w biegu, marszu i tańcu, we śnie i w pogoni
za niczym. Tak zwodniczym jak beztroska ptaków.

Orientując się zatem na mylące dźwięki –
szept świerszcza, śpiew miłości, wielomówną ciszę,
płacz dziecka, matki, huk eksplozji, szloch nawróceń,


złote rogi bez sznurów, dzwonów wieczne lęki,
pod dłonią wirtuozów smyczki i klawisze –
wiem. Dokądkolwiek dojdę – nie wrócę. Nie wrócę…


Krystyna Konecka
(ze zbioru sonetów "Biały kruk")

  

 

     Urodziła się w 1953 roku w Brzegu na Opolszczyźnie. Alta Ripa –wysoki brzeg. Dawna nazwa miasta. „Piaszczysta skarpa ostro schodziła w dół ku wezbranej rzece. Południowy brzeg Odry wyraźnie górował nad przeciwległą doliną. Tu i ówdzie z nurtu wyłaniały się targane falami piaszczyste łachy, rozłożone pomiędzy trzema wyspami. Tu wszystko się zaczęło” Przytoczony tekst, to wstęp z pięknego albumu o tym mieście – pt. „W zwierciadle czasu”. – „Około 1248 roku, w połowie drogi między Wrocławiem, a Opolem, narodził się …Brzeg nad brzegiem Odry leżący i stąd tak po polsku nazwany…To słowa Długosza”.

      Dusza Krystyny Januszewskiej nierozerwalnie łączy się z tym miastem. Mimo, że opuszcza je w 1961 roku, jeszcze jako dziecko, nigdy nie zrywa kontaktu. Wyjeżdża z pięknych ogrodów dzieciństwa, z niekończących się parków, które przemierza każdego dnia, z tajemniczego domu na skraju miasta, gdzie wiosną nie daje się chodzić, bo fiołki zarastają niemal każdy skrawek ziemi, a wiciokrzewy w maju zamykają się nad długą aleją gęstym tunelem  liści i kwiatów o niezwykle silnym zapachu.  Trafia do Poznania, do ludzi o innej mentalności, prosto w ramiona wielkiego miasta, do bloku i dwóch małych pokoików na czwartym piętrze, gdzie jedynym komfortem jest mały balkon z zieloną balustradą, z którego widać tylko księżycowy krajobraz rozbudowującego się dopiero osiedla. Tęsknota za krainą szczęśliwą nie opuszcza jej przez lata.

Bohater Rozbitka mówi w książce słowami autorki:

     „Jakaś historyczna nadwrażliwość, wyobraźnia wchłaniająca mnie jak lustro, i cudne światło tego miasta, które kąpało się w kamiennych murach, dawało nadzieję potęgi. Myślałem, że wystarczy tu żyć, chcieć i nie trzeba nic więcej. Myślałem, że reszta stanie się sama.

     Gdy spojrzy się na miasto z drugiej strony rzeki, widać jakie jest teraz, a przy odrobinie fantazji można sobie wyobrazić, jak wyglądało kiedyś. Wszystko w koronach starych drzew, wysoko, nad zielonym brzegiem. Zamek, kościół, obok mansardowe szczyty piastowskiego gimnazjum, strzelista wieża ratusza, startująca w niebo, bazylika św. Mikołaja i te parki, szaleństwo, osiemdziesiąt trzy hektary zieleni. To miasto natchnione i przeklęte. Żyjąc  tu, w cieniu wielkich książąt, architektów i rzeźbiarzy, można się było nabawić kompleksów”.

      „Człowiek tyle w sobie nosi pięknych obrazów, pielęgnuje je, aż potem zamienia w mityczne krainy słodem ociekające i niczym ich sobie nie da obrzydzić. Mimo, że wraca do nich czasami i spostrzega duże zmiany na gorsze, to zaślepiony miłością akcepcje wszystko bez zastrzeżeń i dalej kocha jak głupi. Chciałabym kiedyś móc to wszystko opisać, podzielić się z innymi tym, co zbiera się w mojej głowie od lat. Chciałabym ulżyć jej, odciążyć ,przenosząc wszystkie myśli na papier.” – Tak pisze Januszewska w swoim pamiętniku już rok przed maturą. Planuje coś takiego zrobić ze swoim życiem by sobie w przyszłości dać szanse i zrealizować te plany. Ale życie pisze swoje własne scenariusze i droga do tego, o czym marzy wydłuża się w nieskończoność. W szkole powstają pierwsze opowiadania, cytowany pamiętnik pisze kilkanaście lat ilustrując go własnymi rysunkami.  Wybiera jednak zawód nie związany ze sztuką, chociaż właśnie o niej tylko marzy. Marzenia przegrywają bitwę z rozsądkiem, że sztuka, to żaden zawód, sztukę można zawsze, najpierw trzeba  zarobić na życie

     W  Poznaniu kończy szkoły, potem studiuje biologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Wybiera więc drogę okrężną. Opisywanie i analizowanie przyrody miało w sobie coś z literatury, a przy tym pozwoliło jej z bliska przyjrzeć się temu, co jakby przypisane jest od natury kobiecie, a jednocześnie skłania do ciekawych refleksji. W końcu to kobiety noszą na sukienkach kwiaty, motyle, układają bukiety, obsadzają balkony. Większość z nich ma w sobie  zaprogramowane jakieś tajemnicze powinowactwo do przyrody.  

A więc na tej biologii jeszcze bardziej rozwijała w sobie wrażliwość, poznając jej tajemnice i niezachwiane zasady funkcjonowania.

      W czasie studiów w 1975 roku wychodzi za mąż. Kiedy je kończy,  w 1978 roku ma już dwójkę dzieci, córkę i syna, za to  żadnych perspektyw na mieszkanie. Ale praca jest wszędzie. Wyjeżdżają z Poznania, na stypendium fundowane do Chodzieży. Mąż jest lekarzem i pracuje w szpitalu, ona w Sanatorium Przeciwgruźliczym.  Jakoś sobie radzi, chociaż łatwo nie jest. Kolejna życiowa decyzja, przeprowadzka, teraz bliżej Poznania. Chcą wrócić do swojego miasta drobnymi krokami. Przystanek Rogoźno, już tylko 45 kilometrów do celu. W Rogoźnie pracuje w miejscowej przychodni. Przez dziewięć lat jest kierownikiem laboratorium analitycznego.  Tam w roku 1985 rodzi się trzecie dziecko - Piotr. Zostają na trochę dłużej, aż nie podrośnie, bo łatwo tu o dobrą opiekę nad dzieckiem, przedszkole na osiedlu, trzy kroki od bloku, w którym mieszkają, a szkoła tuż obok. Dobra praca, stabilizacja powoli zagraża ich planom. Mijają lata, Poznań już tak nie kusi, ludzie w Rogoźnie coraz bliżsi sercu. Korzenie wrastają w Rogozińską ziemię. Budują dom nad jeziorem, kupują kawałek ziemi. Kotwica zarzucona, już nie ma odwrotu.

     Januszewska jako dziewczyna dorastała w domu, w którym rodzice wciąż udowadniali światu, że jak się chce, można zrobić wszystko. Chcieli mieć możliwie dużo w tych czasach, w których nie było prawie nic. Zaczęli od robienia dla siebie mebli,  lamp, zabawek dla dzieci, tkania dywanów, skończyli na szyciu, naprawianiu książek, robieniu artystycznych opakowań, serwet, naprawianiu butów. W domu zawsze coś się działo. Nikt nie siedział bezczynnie. To się udzielało dzieciom i tak już zostało. Dlatego Januszewska jest wciąż osobą poszukującą.

Stawia sobie kolejne wymagania i konsekwentnie je realizuje. Z czasem zawęziła jedynie pole poszukiwań.

      Zaczyna malować. W 1983 roku po złożeniu prac przed specjalną komisją otrzymuje legitymację artysty nieprofesjonalnego. Legitymacja była czystą fikcją, nie miała praktycznie żadnej wartości, ale trochę ośmieliła.  Powstają kolejne płótna. Maluje głównie latem, w czasie wakacji z dziećmi, w uroczym domku nad jeziorem, w otoczeniu przyrody. Jesienią wystawia prace w miejscowym centrum kultury.  Później sprowadza z Niemiec farby, projektuje wzory, które mają zdobić tkaniny. Robi to kilka lat. Malowane ręcznie obrusy  trafiają w różne zakątki świata. Jednocześnie prowadzi poznańską  firmę importującą ze Szwecji narzędzia. To firma rodzinna. Firma się rozwija ale ona wraca do Rogoźna, nie da się pogodzić wszystkiego. W roku 1992 koleje zmiany, otwiera własne laboratorium analityczne. Początki są trudne, rynek nowoczesnej aparatury medycznej dla prywatnych przedsięwzięć w Polsce dopiero się tworzy. Rozpadają się państwowe molochy produkujące sprzęt medyczny starej generacji, na ich miejsce pojawiają się firmy prywatne. To dobry moment, ponieważ oferują dobre warunki i niezłe aparaty. Cierpliwie czekają z płatnościami, bo wszyscy wtedy raczkują, trzeba się wspierać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. Januszewska sprzedaje swojego malucha. Za to nabywa prawa do podstawowego sprzętu i połowy aparatu niezbędnego do wykonywania analiz, na resztę producent daje jej nieoprocentowany kredyt. Spłaca tyle ile może. Powoli wychodzi na prostą. W roku reformy Służby Zdrowia podpisuje kontrakty z lekarzami i włącza się formalnie w struktury NFZ.


     Rozwija się zawodowo, a jednak nawet na jedną chwilę nie zapomina o tym, co tkwi w niej od lat, co kołacze się w środku i ma na imię „niespełnienie”. Malowanie już nie wystarcza, szczególnie, że w mieszkaniu pełnym dzieci nie ma miejsca na jej sztalugi,  farby, które innym nie pachną, bałaganią, nie ma nawet kąta, który można by na to przeznaczyć. Zaczyna więc pisać. Od 1996 roku w miejscowej gazecie drukuje felietony o sztuce. W lutym,  1997 roku  pojawia się informacja o nowym konkursie ogłoszonym przez Twój Styl. Niezwykła okazja. Chyba po raz pierwszy amatorzy, czytelnicy czasopisma mogli pokazać swoje prace, a nawet zgłosić je do oceny jurorów. Jurorami byli Krystyna Kofta i Tomasz Jastrun. Januszewska wysyła swoją pracę. W kwietniu następnego roku dowiaduje się, że otrzymała za nią pierwszą nagrodę. Rok później opowiadanie to pojawia się w zbiorze wydanym przez Twój Styl pod tytułem „Historie prawdziwe”. Januszewska jedzie do Warszawy, zwiedza wydawnictwo, poznaje ciekawych ludzi. Wraca i zaczyna pisać, ale nie wie, co dalej z tym robić, do kogo zgłosić się ze swoimi tekstami.  Nie ma pewności, czy ktoś się nimi zainteresuje, czy warto spędzać całe noce na pisaniu, bo jeśli to, co pisze nie jest nic warte, trzeba zająć się tym, co się robi najlepiej. Rodzina nie jest szczęśliwa. Pasje są czasochłonne. Trudno to zaakceptować bez oporu. Pozostają więc tylko noce, kiedy dom pogrążony jest w głębokim śnie. Tak powstaje jej pierwsza powieść, a kilka tygodni później znajoma, Iwona Banach, koleżanka z konkursu w Twoim Stylu dzwoni z informacją, że do końca roku można przysyłać prace do wydawnictwa Zysk i ska, które już po raz kolejny ogłasza konkurs na polską powieść. Życie daje jej kolejną szansę. Jedną książkę ma już gotową, ale czuje niedosyt, więc pisze kolejną, może będzie lepsza, jest jeszcze dość czasu. Na konkurs wysyła obydwie, „Berberys” i „Przytulać kamienie”. Obie  książki doszły do finału, ta druga zdobywa wyróżnienie. Niestety do reakcji książka trafia dopiero po roku. Redaktorem książki zostaje Jan Grzegorczyk, pisarz, a jednocześnie redaktor naczelny poznańskiego Wydawnictwa „W Drodze”. Współpraca z nim daje dobre owoce. W 2002 roku „Przytulać kamienie” trafia do księgarń.

      W tym samym czasie Media Rodzina i Muza S.A ogłaszają konkurs „Uwierz w siłę wyobraźni”. Januszewska znowu startuje. Efektem tego konkursu jest dla niej kolejne wyróżnienie za powieść „Maryśka”. Jednak Muza nie wydaje tej książki. Za to w 2004 roku wychodzi powieść „Niebo ma kolor zielony”, a po niej „Dolina Motyli”.   W miedzy czasie zostaje wydana Maryśka. Wydawnictwo Zysk i ska w roku 2006 decyduje się wydać ją pod zmienionym tytułem „Trzy Światy”. Współpraca z tym wydawnictwem owocuje kolejnymi pozycjami. W 2006 w listopadzie pojawia się przepięknie wydana antologia o tematyce bożonarodzeniowej pod tytułem „Nasze polskie wigilie”, a niej między innymi opowiadanie Krystyny Januszewskiej pod tytułem „Rozgrzeszenie”. W roku następnym, również w listopadzie kolejna powieść Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.. Za tę książkę autorka otrzymuje w maju 2008 roku nominację do Nagrody Mediów Publicznych „Cogito”.

Niektóre fotografie wykonała Monika Lisiecka.