Dziewiętnaście opowiadań, dziewiętnastu autorów.
Krystyna Januszewska „Rozgrzeszenie”
Urywek

    Dochodziła dwudziesta. Jakub spieszył się na spotkanie w uroczym londyńskim pubie, niedaleko stacji metra na Piccadili. Koledzy opijali święta. Wiecznie nieprzytomny Tom zaprosił ich na swoje urodziny, więc okazja była podwójna. Tom mieszkał samotnie w drogiej dzielnicy Londynu, niedaleko City. Jeździł do pracy metrem i wiecznie się spóźniał. Był nieprzeciętnie zdolny, ale jakiś zagubiony. Wyglądał jak żebrak w niezmiennie wygniecionej marynarce, w topornych butach na jasnej słoninie do ciemnych spodni, w tym swoim fioletowym szaliku na szyi i żółtą smyczą, na której nosił ostentacyjnie klucze do mieszkania. Jednak w dzień urodzin, każdego roku konsekwentnie stawiał wszystkim piwo i paluszki. Jakub chciał się jakoś wymigać. Przeleje przez siebie beczkę piwa i znów będzie chory. 
- Nie daj się prosić człowieku – nagabywał go zadziorny Josh. – Będzie solidna wyżerka – nabijał się z oszczędnego Toma, który był Szkotem i jak na Szkota przystało liczył się z groszem. Pochodził z zamożnej rodziny, a mimo to, zachowywał się bardzo skromnie.  Mieszkał w ekskluzywnym apartamentowcu, w miejscu, gdzie dawniej były jeszcze magazyny portowe, a teraz powstało imponujące połączenie Manhattanu z Wenecją. Jednak nigdy się tym nie chwalił. 
Londyn iskrzył się girlandami świateł. Było jak w bajce. Jakub wyszedł trochę wcześniej, żeby się jeszcze nacieszyć świątecznym wystrojem miasta. Gdy wróci, będzie po wszystkim. Mieszkał w dzielnicy Camdem, w budynku, gdzie ich biuro wynajmowało mieszkania tym pracownikom, którzy nie planowali, lub jeszcze nie mogli pozwolić sobie na kupno własnego mieszkania. Do centrum dojeżdżał metrem Silver line, a dalej szedł już piechotą. Lubił ten wieczorny ruch, ogłuszający szum miasta. Londyn poraził go. Gigantyczna, ośmiomilionowa metropolia urzekła go charakterem i klimatem. Miasto częściowo jednolite, zbudowane z szeregu wąskich, dwupiętrowych kamienic z wysokim parterem, posiadało niemal w sąsiedztwie nowoczesne molochy o wielkiej bryle, ekskluzywne centra handlowe skupione w pobliżu muzeów i galerii.
    Artystyczna dusza Jakuba, wrażliwa i żądna wrażeń miała tu prawdziwą ucztę duchową.
    Na Oxford Street, przy Harrodsie, od października panowała gwiazdka. Ludzie już w listopadzie wywieszali na drzwiach ozdobne wieńce z ostrokrzewu. Okazjonalne przyśpiewki, zwane tutaj kolędami, o saneczkach, dzwoneczkach, o świątecznych drzewkach, zupełnie pozbawione religijnego podtekstu pobrzmiewały na każdym rogu. Choć w Londynie nigdy nie padał śnieg, świąteczne wystawy były pełne sztucznego puchu, a nadymane choinki uginały się pod ciężarem ozdób. Od przepychu zapierało dech. Bliżej świąt na ulicach narastała ilość reklam i promocji. Z czasem przestawało się już na nie reagować. Podnoszono napięcie, żeby wyprzedać ze sklepów wszystkie zapasy. Gwiazdy betlejemskie można było kupić za bezcen. Jakub nigdy w życiu czegoś takiego nie widział. Już od kilku tygodni czuł zapach choinek wystawionych w doniczkach i na każdym rogu widział Mikołaja. Ulicami miasta przelewał się dziki tłum, targający ze sobą misternie zapakowane pr     Zjechał schodami na swoją stację. W wąskim, kilkupoziomowym metrze śmierdziało wilgoć. Okulary po kilku sekundach zachodziły parą. Stał w narastającym tłumie, ściskając w dłoni grubą  książkę, zapakowaną w pokraczne aniołki. Kupił ją w prezencie dla Toma. stęchlizną. Słyszał, że najniższe piętra zastały zamknięte, ponieważ zalała je woda. Czuło się tę Przetłumaczoną na język angielski powieść polskiego autora. Wiedział, że Tom lubi czytać. Często widywał go z książką. Podejrzewał, że charakteryzuje ich podobny sposób postrzegania świata, podobna wrażliwość i pasje. Tom przemierzał piechotą londyńskie ulice. Na uszach miał zawsze słuchawki. Jakub pożyczył mu nawet kilka polskich płyt, bo podsłuchał, że lubią ten sam rodzaj muzyki. Ale Tom, poza tymi paroma gestami  zachowywał się wobec niego bardzo powściągliwie. Był zdolnym grafikiem. Oprócz pracy w ich biurze tworzył niesamowite obrazy do krótkich, artystycznych  filmów. Jakub podglądał czasem, jak pracuje nad nimi pochłonięty bez reszty. Imponował mu.
     Do pubu przyszedł ostatni.  Już na progu usłyszał muzykę i donośne głosy biesiadników. Pub był typowy. Dość mroczny, a jednak bardzo kolorowy. Wysokie wiktoriańskie okna, składające się z drobnych, pięknie malowanych szybek, na oknach kwiaty. Latem wystawano je na zewnątrz, teraz zdobiły wnętrze. Na ścianach kolorowe szyldy z nazwiskami angielskich królów, uczestników narodowych bitew, ogólnie lokalnych bohaterów. Do tego mnóstwo świecidełek z okazji świąt. W powietrzu przesyconym zapachem Cameli, rozchodził się swąd pieczonej wołowiny. Pod oknami, przy długich stolikach towarzystwo paliło i zaciekle grało w karty. Nad głową Jakuba szybowały lotki.  Tarcze do lotek umieszczono tuż obok drzwi. Patykowaty kelner z podłużną twarzą roznosił do stolików kufle z piwem. Tutaj królował Grolsch. Długi stół w samym końcu sali rozbrzmiewał głosami kolegów. To była urodzinowa przyśpiewka dla Toma. Trudno było cokolwiek zrozumieć. Trevor, pochodzący z Llanddewi, leżącej w nadmorskim hrabstwie Pembroke, urodzony Walijczyk, z rozkoszą wyśpiewywał celtyckie piosenki.
     Byli prawie wszyscy z jego bura. Przyszła też Nicole, świeżo po studiach zatrudniona Libanka i Maraja z Argentyny, dwie najpiękniejsze w ich biurze dziewczyny popijały aromatyczną herbatę. Obok w kuflach czekał już porter, ciemny jak spadziowy miód.  Pociekła mu ślinka. Panowie zaczęli od piwa. Postukiwali lekko kuflami i nucili jakąś melodię. Jakub zajął wolne miejsce obok Edgara, młodego, zapowiadającego się dobrze Pakistańczyka.
- Jakub! – zawołał Jose. – Jednak się zdecydowałeś?
- Tom stawia kolację, więc jestem – zażartował Jakub. Odpowiedział mu głuchy ryk na sali, bo oprócz piwa sterczały z pojemników na stole jedynie paluszki.
- Będziesz głodny Jakub – Jose pchnął w jego stronę pojemnik. – Wcinaj póki są. To wszystko, na co możesz liczyć. Tom jest na diecie, oszczędza biedak na indyka. Za trzy dni święta, w domu najesz się do syta. A teraz pij piwo i nie narzekaj.
- U nas święta pojutrze wieczorem. Wigilia – poprawił go Jakub.
- Wigilia – Josh powiedział niepewnie. – Wigilia – powtórzył, a potem spojrzał na książkę. – Czekoladki, dla nas?  –  radośnie podskoczył, był już chyba trochę podchmielony.
- To prezent – wyjaśnił Jakub, podnosząc w górę kupioną przed chwilą książkę. – Dla Toma – dodał nieśmiało.