Kiedyś, dawno temu, czas był moim przyjacielem. Myślałam o nim ciepło z nadzieją. Obiecywałam sobie, że przeniosę góry. Plany, marzenia, obietnice, wiele hałasu, zamieszania, pewność, że mam go tak dużo! A teraz? Teraz czas okazał się okrutny. Obchodzi się bez skrupułów z moim ciałem. Cóż się stało z naszą przyjaźnią? Jedyny czas, który teraz lubię, to czas wolny od zajęć i czas przeznaczony na rozmyślanie. Na rozmyślanie zawsze znajdzie się czas –  w wannie, w pociągu,  przy garach, u fryzjera, w kolejce do lekarza, nocą, kiedy sen nie zjawia się w porę, w ogrodzie gdy rozczochrana szarpię pazurami chwasty, w pracy – znudzona  monotonią czynności, powtarzalnością obowiązków, stereotypem słów, tłumem tych samych twarzy, na nudnych spotkaniach, w górach, nad morzem, w kościele, w samolocie, na ślubie i w cmentarnej kaplicy, w kinie, na koncercie, w toalecie.
               Dotychczas odbierałam życie jak płynący nieprzerwanym strumieniem ciąg dotyczących mnie wydarzeń. Teraz wiem, jak niewielki miałam w tym udział. Może gdybym wiedziała wcześniej, że rzeczy i tak dzieją się same, byłabym mniej przerażona i zdesperowana. Dystans do spraw doczesnych, gdy już przede mną bardzo mały odcinek drogi, zmienia hierarchię wartości i pomaga inaczej oceniać. Wiek obliguje do wydawania opinii o życiu. Sędzia musi być sędziwy. Ludzie młodzi spoglądają sprawom prosto w oczy. Nie patrzą wstecz, nie rozglądają się na boki,  jutro jawi im się jak rajska kraina. A tymczasem wiele rzeczy wymaga większej uwagi, dojrzałego podejścia. Jednym rzeczom należy się „klasa”, inne można zlekceważyć. Ale o tym, co komu i kiedy, wie się dopiero wówczas, gdy na głowie zaczyna srebrzyć się włos,  klimakterium  wyciska  ostatnie poty, zdrowie nie to, lata nie te, poziom hormonów, poziom emocji, inteligencji, poziom życia i wszystkie inne poziomy oprócz poziomu cholesterolu, zaczynają opadać.
          Coraz więcej czasu tracę na myślenie, coraz mniej na aktywność, wciąż wracam do wspomnień. Czy warto było tak bardzo się starać? Każdy dzień topnieje mi w rękach, rozpływa się w codziennych czynnościach, maleje do drobiazgów, przepływa daleko od tego, co w marzeniach było najważniejsze. I już nie zdążę niczego poprawić. Tak jak jest musi zostać. Jeszcze tylko chciałabym się nacieszyć życiem, najeść go, by gdy nadejdzie koniec czuć sytość, a kiedy Pan Bóg wciśnie mój klawisz DELETE  pomyśleć na pożegnanie - było fajnie!
          Patrzę w niebo. Szukam czy gdzieś tam wysoko, pomiędzy gwiazdami jest miejsce na moje myśli? Czy istnieje w odległych przestworzach stratosfera ludzkich marzeń i przestrzeń, do której kierują się nieśmiałe prośby i gorliwe modlitwy wszystkich ludzi?

                                                              *

              Czas do pracy. Od dwudziestu pięciu lat witam dzień o tej samej porze. Budzik dzwoni o szóstej trzydzieści. Z okna  łazienki na piętrze widzę pola, majaczący w oddali rząd drzew i światła samochodów. Mieszkam za miastem. To ostatni dom, dalej tylko prosta jak deska równina. Gdzieś na horyzoncie ciemnieje linia lasu. Miejsce najzwyklejsze na świecie, a jednak tylko tu chciałabym umrzeć. Chociaż zachłannie spoglądam na bajkowe miejsca na świecie, sycę oczy cudami natury lub obiektami stworzonymi przez genialnego człowieka, to zawsze z ulgą wracam do siebie. I nic mi szmaragdowe wyspy Irlandii, pełne śladów wróżek, elfów, mitologicznych bohaterów i bohaterskich świętych, normandzkich zamków i angielskich dworów, nic mi gorące karaibskie plaże ocienione palmami, nic mi najwyższe szczyty pokryte śniegiem, do których ciągną karawany wypraw, nic mi prowansalskie pola pachnące lawendą, Jezioro Genewskie, szwajcarskie zegarki i szwajcarska dokładność. Ja chcę tylko tu, gdzie nic nie trzyma się kupy, gdzie brak jest pracy, dróg i bieda szczerzy kły na każdym zakręcie ulicy, gdzie politycy  z roku na rok zaprzepaszczają kolejną szansę na ożywienie gospodarki, afera goni aferę, złodziej złodzieja, a policja nie ma pieniędzy na nic, gdzie przepisy nie pasują do obywateli, a wymagania przewyższają możliwości, gdzie jakimś cudem każdy sobie radzi, gdzie Polak zawsze potrafi znaleźć lukę albo odpowiedni przepis, gdzie jedynie pewnym jest fakt, że tu, tak samo jak gdzie indziej kiedyś wykituję.  Dlatego kocham deszcz w moim kraju i spadające liście, pierwszy śnieg, taki miękki i czysty, kocham święta, zapach choinki, bardzo kocham przebiśniegi, pierwsze kwiaty w moim ogrodzie i wszystkie inne, które  po nich rozkwitają, poranki z lekką poświatą pierwszych promieni słońca i wieczory, gdy niskie cienie drzew ścielą się pod nogami, a słońce przemyka pomiędzy łodygami piwonii na pożegnanie dnia. Kocham sad, ścielący się czerwienią jabłek, ogród z zagonami warzyw, wielkie dynie na środku trawnika i na szczycie kompostu pod płotem. Kocham mojego męża, moje dzieci, rodziców i rodzeństwo, znajomych, kocham swoją pracę, swoje pasje. Kocham wszystko, co przylepiło się do mnie w moim skromnym życiu, to co ode mnie zależne. Boję się niemocy i tego, co nic  nie robi sobie z mojej woli i chęci, co biegnie równolegle i nagle, całkiem niespodziewanie  zmienia tor, zderza się z moim światem, przecina go ostrą linią, by zranić, obnażyć, osłabić. Wtedy staję się niczym skrzydełko dmuchawca, bezsilna jak szczeniak, przerażona. Wszystko umyka spod stóp, grunt się rozpływa, wszystkie sznury, którymi trzymałam stery pękają,  ratunkowe liny są za krótkie,  dobre chęci nic nie znaczą i jak rozbitek na oceanie, który nie potrafi pływać zapadam się w ciemne fale bez powrotu. Za co to wszystko? Czy mało było ofiary, mało modlitw, pokory, udręki? Czy za dużo pychy i zachłanności? A przecież nie chciałam źle.  Chciałam tylko świętego spokoju, względnego dobrobytu, szczęścia i miłości, dobrej pogody i samopoczucia, zadowolenia z siebie i najbliższych, z pracy i społeczeństwa. Chciałam tylko, żeby wszyscy byli zdrowi, żeby wiodło się  naszym dzieciom, żeby smutki nigdy nie gościły w ich domu, rodzicom, żeby nigdy nie płakali,  nie chorowali, nie umierali, bo myśl, że kiedyś odejdą jest nie do zniesienia. Czy to tak dużo?

                                                               *

             Mój polski dom stoi na środku polskiego pola, które kiedyś porastały marne zboża, a teraz rośnie przecudny park. Budynek ni to stary ni to nowy. Zbudowany od podstaw, przypomina trochę mickiewiczowski dwór,  trochę chłopską chałupę. Architekturę ma klasycystyczną, parterowy, o osiowym założeniu planu. Od wjazdu kolumnowy portyk na dłuższym boku otwiera oś poprzeczną. Na niej miniaturowa sień i salonik z otwarciem tarasowym na tyły ogrodu. Na tej osi pokoje w amfiladowym układzie  Zaczyna się czterema kolumnami,  a kończy wyjściem na ogród. Trochę jak z obrazu, utrwalony przez narodową pamięć, legendę literacko - malarską.  W środku nowocześnie umeblowany i bez przesady zamożny, bez śladów przepychu, raczej skromny, niedoinwestowany.   W parku około tysiąca drzew, krzewów, głównie polskich.
          W tym domu zamyka się cały mój świat, wszystkie radości i troski, stąd wystrzeliły w świat moje dzieci.
             Dzisiaj widziałam stado saren. Przyszły na śniadanie. Śnieg  stopniał i odsłoniły się suche badyle zeszłorocznych chwastów.  Długa zima, zwierzęta szukają pokarmu. Widzę mojego psa. Leży znudzony  pod budą. Pysk oparł na łapach i spogląda w niebo. Na pewno wypatruje wiosny. Brakuje mu  ludzi i światła. Dla niego dzień kończy się z zachodem słońca. Sierść ma posklejaną od błota. Wczoraj z nudów wykopał  wielką dziurę. Uwalał się ziemią, a potem wytarzał w błocie. Myślę z przerażeniem o tym, co się stanie gdy będę wychodziła do pracy. Jest jeszcze młody, nie potrafi okiełznać emocji. Chyba założę stary płaszcz. Muszę przejść obok niego w drodze do namiotu.
             W namiocie stoi mój samochód. To duży namiot, wojskowy, a samochód mały. Namiot stoi w ogrodzie od sześciu lat i dobrze spełnia swoje zadanie - choć może nie jest zbyt elegancki. Podnoszę z przodu dwie płachty, zaczepiam o metalowe haki i można wyjeżdżać. Samochód jest suchutki, nie trzeba skrobać szyb, akumulator zaskakuje bez problemu. 
             Codzienne czynności, wykonywane automatycznie, zawsze w tej samej kolejności, dopracowane w szczegółach, bezbłędne, wytresowane latami solidnie wykonywanych obowiązków, no cóż, czasami zbiera się na mdłości. A mimo to jestem szczęśliwa. Wykonałam kawał dobrej roboty, spokojnie czekam na kolejny dzień. Tylko dlaczego coraz częściej wydaje mi się, że nie udźwignę ciężarów nadciągających gdzieś znad horyzontów życia. Majaczące w oddali coraz wyraźniej rozstania z najbliższymi, ich cierpienia, rozpaczliwe chwytanie się ostatnich iskierek nadziei gdy myślą, że może oni pierwsi na świcie będą nieśmiertelni, bo przecież to niemożliwe, żeby świat mógł istnieć bez nich! Jak pocieszać i dodać otuchy, jak pogodzić się z nieuchronnością człowieczego losu? Czy poradzę sobie, czy starczy mi łez, czy będę umiała zapanować nad nimi, żeby zachować tak zwaną godność, pokonać wstyd słabości. Pokonywanie  go wycieńcza mnie jak gorączka. Tyle tego za mną, a wciąż nie widać końca.

                                                                      *

            Z okna łazienki roztacza się widok na ogród – półtora hektara. Większa jego część to park i zielone zagajniki obsadzone drzewami. Drzewa rosną wolno, bo gleba słaba, piaszczysta. Rośliny obrastają pracą, odżywiają się naszym potem wsiąkającym w tę niewdzięczną glebę. Panuje w nim stała prawidłowość. Potęga drzew, pielęgnowanych roślin jest odwrotnie proporcjonalna do naszych sił i możliwości. Im one wyższe i mocniejsze, im piękniejsze, tym my coraz słabsi, brzydsi i bardziej zmęczeni. Kiedyś wchłoną nas ich korzenie.
            W delikatnej strukturze czasu, który minął badam uważnie swoje życie - jak analityk mikroskopowy preparat. Miałam nadzieję, że odsłoni się wreszcie przede mną jakaś kraina wolności od zmartwień, że wiek zobliguje mnie do beztroski o sprawy najbliższych, że powiem z czystym sumieniem niech się dzieje wola nieba, że wreszcie nic mnie  nie obchodzi, mam w nosie, że to nie jest mój świat, to ich świat, oni go czują, ja się boję, moja rola skończona, nagadałam się, naprosiłam, namieliłam ozorem, żeby weszli w życie z mniejszym bólem, szczęśliwsi. Teraz widzę, że rola kwoki była wdzięczniejsza. Teraz, kiedy mogę tylko patrzeć, a moje rady pasują im jak pięść do nosa zaczynam wymiękać.  Nawet nie można podsłuchać o czym mówią, Posługują się myślowymi skrótami, tą nową mową - magią, której już nigdy nie pojmę – tipsy, solucje, patche, benchmarki, trainery, portale, czaty, itd... Kiedy siedzę pomiędzy nimi, SOS, to jedyny skrót, który przychodzi mi do głowy. I choćbym nie wiem jak bardzo się starała, tej przepaści już nigdy nie pokonam – „Zbyt wczesna młodość i zbyt późna starość upośledzają umysł, toż samo za wiele i za mało nauki, słowem rzeczy krańcowe, są dla nas tak, jakby nie istniały, umykają nam, albo my umykamy im” – tak napisał Pascal w 1660 roku

                                                                         *

               Przede mną kolejny dzień pracy, tak mi się nie chce. Poduszka kusi zapachem snu, w głowie  kłębią się jeszcze niedokończone majaki, lenistwo zamiast krwi krąży w moich żyłach, skrzypią stawy, telepie serce, straszą obowiązki i kolejne wyzwania. Tak bym już chciała odpocząć. Nie łatwo przez lata prowadzić własną firmę, dom z zapracowanym mężem i trójką dzieci, zachowując jednocześnie równowagę ducha i odpowiedni dystans do pieniędzy.
              A przecież mogło być gorzej.  Strach mnie ogarnia gdy pomyślę, że mógłby mnie spłodzić ktoś inny niż mój Ojciec - zrównoważony polski mężczyzna z wystarczająco wysokim ilorazem inteligencji i moja Mama, niepoprawna romantyczka, która do dziś żyje w świecie swoich dziewczęcych marzeń i chowa się wewnątrz nich w najtrudniejszych momentach życia.  Pół biedy, gdyby przyszło mi żyć w zimnej Laponii, gdzie istnieje dziewięćdziesiąt słów na określenie śniegu, gdzie ekskluzywne restauracje zbudowane są  w iglo, a tradycyjna kuchnia składa się z mięsa renifera, mięsa renifera i mięsa renifera, albo w  Finlandii, bo w tym kraju kobiety są długowieczne, zdrowe, wykształcone, światłe i samodzielne. Pierwsze w Europie dostały prawa wyborcze. Byłoby gorzej, gdyby zamiast tego przyszło mi być hożą córką farmera, właściciela olbrzymiej hodowli bydła rogatego, albo żoną rybaka, czekającą z niepokojem na jego powrót u brzegu zimnej i targanej wiatrem Nowej Funlandii, gdzie je się zupę z płetwy foki i kopytka z ośmiornicy. To jeszcze nic.
            A gdybym była na przykład młodą chińską kobietą, zawierającą związek małżeński, której urzędnik stanu cywilnego, zanim jeszcze podpisała dokument, z surową miną przypomina o obowiązującym w Chinach modelu rodziny „dwa plus jeden”. Nie mówiąc już o tym, że musiałabym gotować chińskiemu mężowi gulasz z psa, zupę z żółwia, albo kotlety z jelenia,  przyprawione do smaku zmieloną skórą z kobry, jądra nietoperza, albo proszkiem z rogu nosorożca, a wieczorami musiałabym nieprzerwanie ćwiczyć tai chi, w celu przedłużenia swojego chińskiego życia.
             A gdybym tak, urodziła się jakiś czas temu w Kabulu, mieście, w którym Allah nie kocha kobiety, gdzie mężczyźnie wolno wszystko, a kobiecie nic, kobieta nie może istnieć sama nawet jeśli jest ministrem i nie może czytać niczego poza Koranem, gdzie sztukę traktowano na równi z grzechem, gdzie jeszcze niedawno istniał Wydział Krzewienia Cnoty i Zapobiegania Rozpuście, gdzie trzeba zapomnieć o kinie, teatrze, kobiecych czasopismach i  kosmetykach.  To jeszcze nic.
            A gdybym urodziła się w Afryce, w masajskiej osadzie w samym sercu Tanzanii? Co by było?  - Miałabym ogoloną głowę, w szóstym roku życia  przekłuto by mi uszy i zawieszona na nich ciężkie ozdoby, lub sprężyny z bambusowej gałęzi. Potem wyrwaliby mi brwi, bo masajska dziewczyna nie może być owłosiona. Ten przywilej należy się tylko mężczyznom. Potem nacięto by moje policzki, bo blizny na twarzy dodają urody, a potem czekałby mnie okrutny zabieg obrzezania, czyli inicjacji, czyli pasowania na kobietę, a jeszcze przedtem, w około dwunastym roku życia służyłabym dziewczęcym wdziękiem masajskim wojownikom. Ale to jeszcze nie wszystko. Najlepszy jest koniec. Starej, niedołężnej kobiecie nie pozwala się na spokojną śmierć. Kiedy jej życie dobiega końca, najbliżsi prowadzą ją daleko od osady, na sawannę i porzucają na pożarcie dzikim zwierzętom. Potem jeszcze długo słychać żałosne zawodzenia hien.
           A gdybym urodziła się w Indiach, na samym środku chodnika w centrum Dehlii...? 
Jakie to szczęście, że mieszkam właśnie tu, na 21 stopniu szerokości i 54 stopniu długości geograficznej. To najcudowniejsze miejsce na świecie!!!
                                                                
                                                                          *
         Czas na odpoczynek. Codzienny rytuał picia kawy, wymiany wrażeń, użalanie się nad sobą i swoim zmęczeniem. Czas na codzienną lekturę – czasopisma, gazety, książki. Bez tego dzień się nie liczy. Śledzę z uwagą wszystko, co dzieje się w Polsce na rynku książek i kupuję i czytam. To moja pasja, hobby, natręctwo, misja, przeznaczenie, prawdziwa miłość, obłęd, W czasach, gdy świat otępia magia pewnych pojęć i już nie sposób znaleźć  miejsca dla własnego światopoglądu,  umykam w te pędy w ramiona literackiej muzy. Łatwiej tam przetrwać, gdy tajemniczy wehikuł obyczajowych przemian nakręca obłędne koło, porywa z bezpiecznych pieleszy i gdzie mnożą się słowa na izm – homoseksualizm, seksizm, feminizm, populizm, serwilizm, nihilizm, klerykalizm, syjonizm, radykalizm, rasizm... Nic już nie może być proste i zwyczajne. Wokół dziesiątki nauczycieli, miliony doradców, psychoanalityków, uzdrowicieli, bioterapeutów, wodzów, szamanów, cudotwórców, którzy grożą palcem, przyciskają do muru, gnębią tumanią, karcą, wpuszczają w maliny, kłamią, oszukują, okradają – i ja biedna, zagubiona w tej otchłani szukam własnej drogi do godnej starości.


           Często zastanawiam się, czy umiałabym w obecnych realiach zacząć życie od początku, gdybym jakimś cudem odzyskała młodość?  Jak osiągnąć sukces w świecie gdzie wszystko oparte jest na konkurencji. Czy wybrać drogę na skróty przez Dwa Światy, Idola, Big Bradera, przez Bar, Agenta, Od przedszkola do Opola, Szansę na sukces, Debiut, miss Polski, miss Świata, miss Playboya, miss mokrego podkoszulka, miss fitnesu, miss kierownicy, miss biznesu, miss odchudzania, miss kuchni, miss dużego biustu, miss ładnej pupy, czy drogą przez męką, pokonując kolejne zakręty losu dochodziłabym powoli do mety? Telewizyjny blichtr, atrakcyjna oprawa, sztab ludzi, którzy z każdego Kopciuszka zrobią królewnę, kusi jak wrota sezamu. Jak to się ma do cierpliwego rzemieślnika, który misternie tka plan niepewnej kariery? To pytanie zapewne zadaje sobie wiele osób. Dla mnie sprawa jest jasna i oczywista. Bycie kwiatem jednej nocy, gwiazdą sezonu, lub hitem roku, to marna perspektywa. Najpierw super cena, a potem przecena. Model szybkiej kariery nie pomaga, lecz demoralizuje i zwodzi. Pozostaje rozczarowanie, nic więcej. Człowiek potrzebuje czasu by dorosnąć do tego, co osiąga. Historia dalsza i bliższa zna takie przypadki. Na przykład Norah Jones. Przeczytałam o niej w ostatnim numerze Przekroju. „Przestańcie mnie kupować” – tak brzmi tytuł. –„Na co dzień Norah jest zwyczajna, skromna i niewinna jak Adam Małysz. Ale zwykła codzienność skończyła się dla niej, kiedy jej pierwsza płyta znalazła milionowego nabywcę... Chciała pozostać anonimową 23-latką, ale świat robi wszystko, by uczynić z niej gwiazdę.  Co trzy dni inny kraj i nowe hordy dziennikarzy. Każda gazeta chcę mieć z nią wywiad, każda stacja telewizyjna marzy o ugoszczeniu jej w swoim studiu. Tak było przez cały rok, aż pewnego dnia powiedziała: - Dość!  
            Czas oczekiwania: - Dzisiaj 17  marca 2003 roku. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za kilka dni moja córka urodzi nam pierwszego wnuka – Jasia. W czwartek Basia przejdzie kolejną, ciężką operację. W tej chwili mój starszy syn wraca do domu samolotem z Hiszpanii. Za kilka godzin Prezydent Bush wygłosi ostatnie ostrzeżenie dla Saddama Husajna. Właśnie teraz mój młodszy syn ślęczy nad podręcznikiem. Wchodzi teściowa i pyta:
Co robisz?
Uczę się. Jutro mam sprawdzian z matematyki – odpowiada.
Po co się uczysz?
Jak to po co? – pyta zdziwiony.
Nie warto – wyjaśnia teściowa. – Przecież jutro zaczyna się wojna.

Rogoźno 17.03.2003r.