Kołysanka dla siebie
Białowojsze. Nad Dzisną


Kiedy czas stał się inny niż projekcja marzeń…
Pisklęta coraz dalej…Bardziej obce miasta…
Kiedy autorytety jak lodowce gasną –
wracaj do domu. Z garbem. Z bliznami na twarzy.


Kiedy sypie się pewność jak rażona gromem…
Gdy historia w szaleństwie i zgiełku ulicznym
jak wicher miota drzewem genealogicznym
krusząc konary. Ty nic. Ty – wracaj do domu.


To nic, że domu nie ma. Że babcina rzeka
między dwoma krajami w kolczastych zasiekach.
Ale jest – praprzyczyny pramiejsce rodowe.


Może zdołasz prawnukom świat ów nazwać słowem
Odnaleźć proste drogi w meandrach pamięci…
Otulić się ich ciepłem..Zasnąć w ich objęciach…

Krystyna  Konecka

Powieść o raju utraconym, którego symbolem jest rodzinny dom, a właściwie ogród, wraz z całym bagażem jego jasnych i ciemnych stron. Historia ta odkrywa, jak trudno połączyć ze sobą dwa odmienne światy, tak samo jak trudne jest bliskie obcowanie, gdy jedna ze stron traci to, co kocha ponad wszystko, a drugiej odbiera się niezależność. To powieść współczesna, lecz pojawiają się w niej także wątki z przeszłości, rzucające cień na losy bohaterów. Czy to książka o zdradzie, o niezrozumieniu, o tym, co dzieli, czy o tym, co łączy? O czymkolwiek ona jest, stawia ważne pytania: Czy warto karać, czy wybaczać? Trwać czy trzaskać drzwiami?

Potrzeba było zdrady i podłości, aby siebie odnaleźć. Piękno, nadzieja, wybaczenie w bohaterce powieści są jak cichy strumyk, który sprawia, że odrastają liście i niebo ma kolor zielony. Poruszająca i wnikliwa opowieść o ludzkiej głupocie, słabości i wierności.
Jan Grzegorczyk
 
Jest to książka o codzienności, o porozumieniach i nieporozumieniach, o pożądaniu i odmowie ciała, o sile i bezsilności, o trwaniu i przemijaniu. A wszystko to w gęstwinie uczuć, pragnienia otulone są zapachem ziół, opadającą mgłą, niekiedy są spłoszone jak ptaki. Piękno tej zwykłej i zarazem niezwykłej książki polega na połączeniu tego, co banalne, z tym, co zaskakuje. Książka może pomóc Czytelnikowi w wyciszeniu wewnętrznych burz i pogodzeniu się z tym co nieuchronne.
prof. psychologii Irena Obuchowska
 
 
 
Aleksandra Reimann
 Sen o ogrodzie
 
Powieść Krystyny Januszewskiej Niebo ma kolor zielony, mimo że utrzymana jest w konwencji realistycznej, mieści się w mitycznym sposobie ujmowania rzeczywistości. Można nawet zaryzykować jej podział na dwie części – pierwszą określa czas mityczny, baśniowy, podyktowany jedynie cyklicznym rytmem natury, w którym główna bohaterka - Małgorzata przeżywa najpiękniejsze chwile życia, natomiast druga część – już po ,,wypędzeniu z Raju” - zamyka się w strukturze społeczno-obyczajowej, zdeterminowanej przez linearyzm temporalny, a właściwie przyspieszone bicie zegara charakterystyczne dla współczesnej rzeczywistości. Typowe dla prozy Januszewskiej jest prowadzenie narracji z kobiecego punkty widzenia, co w przypadku tej autorki oznacza rezygnację z ambicji ukazania obiektywnego obrazu świata czy kreacji jego artystyczno-intelektualnej interpretacji, na rzecz zamanifestowania kobiecej wrażliwości z jej zdolnością do emocjonalnego doznawaniem rzeczywistości. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Postać głównej bohaterki Małgorzaty jest tak skonstruowana, że jej pobieżna charakterystyka zamknęłaby się w niezbyt interesującym CV: pięćdziesięcioletnia żona naukowca, matka dwojga dzieci, z których jedno zmarło śmiercią tragiczną, z zawodu stomatolog, prowadzący prywatna praktykę lekarską - a więc dopowiedzmy od razu - nie Małgorzata ta bowiem za bardzo kojarzyłaby się z tajemniczą bohaterką Bułhakowa - tylko Małgośka, która sama przyznaje, że jest kobietą ,,przytulnie staroświecką” a nie ,,apostołką nowoczesnej kobiecości” (s. 112). Lansowane stereotypy modnej kobiety zapewne tylko przeszkadzałyby w pełnieniu posługi bogini ogrodu, który wraz z rodzinnym domem był magiczną oazą szczęścia. Bohaterka powieści niczym Driada strzeże swojej zielonej krainy. Nie każdemu przecież został dany pod opiekę raj na ziemi, w którym oprócz pamięci historii prywatnych pulsuje mityczna wiara w pierwotny porządek świata.
 
 
,,Dzięki Ci, Boże - mówi bohaterka – za ten skrawek ziemi, za okruch zawieszony w kosmosie, tak mały i bezbronny, a jednocześnie wielki i wszechmocny, uporządkowany, ujęty w naturalne prawa, trudny do zastąpienia najdoskonalszymi technologiami. Kiedyś stanę się jego cząstką, elementem, składnikiem na równych prawach z atomem” (s. 77).
 

 Enklawa szczęścia, w której każde drzewo i źdźbło trawy składają się na harmonijną całość, przeciwstawia się chaosowi utożsamianemu przez Małgorzatę i jej rodziców z rzeczywistością miejską, którą ogranicza osaczająca przestrzeń blokowisk i ciemnych ulic. Jest w nim podobnie jak w ogrodzie Eden z Księgi genesis miejsce na drzewo szczególne, zapewniające mityczne trwanie rodu aż do końca świata. Kasztan, zasadzony przez ojca bohaterki ma bowiem zadanie scalania starych i nowych dziejów rodziny.

,,Kasztan rzeczywiście nie był zwyczajnym drzewem. Miał swoją prawdziwą historię. Legenda głosi, że ojciec wyhodował go z nasienia przywiezionego z rodzinnej miejscowości. […] Dostał to nasienie od swojego ojca, podobnie jak reszta braci, i identyczne zadanie – wyhodować z niego drzewo pamięci, które przypominać będzie rodzinny dom […]. A potem z nasion nowego drzewa ich dzieci miały posadzić swoje, następni swoje, i następni, i tak aż do końca świata.” (s.20)

 Dla bohaterki wiejska posiadłość staje się bowiem nie tylko miejscem, w którym przechowywane są dobre i złe wspomnienia, to także nie jedynie azyl przed drapieżnymi realiami współczesnego życia, ale przestrzeń mistycznego marzenia o kosmicznym porządku, w której kryją się miraże natężonych refleksji, pozwalające ujarzmiać bezład czyhający za furtką oazy. Posiadłość bohaterki mieści się w sferze magicznej - nie tylko rodzina Małgorzaty ustalała w niej swoje prawa.

 

 

 

 ,,Już wieczór. W domu panuje niezmącona cisza. Jestem sama […] Stoję przy oknie i patrzę. Biedne opuszczone dziecko, z czołem przyklejonym do szyby, wypatruję pomocy. Za oknem długie gałęzie wierzby tańczą na wietrze, jak warkocze krakowianki. Wiatr okręca je wokół pnia i plącze. Błyszczą białe spody liści, niczym nocne motyle szybują na tle ciemnego nieba. Z ciemności wychodzą do mnie moje strachy. Otulają ramiona, pieszczą wąsatymi palcami uszy, głaszczą policzki, aż dostaję od tego gęsiej skórki. Czuję na twarzy dotyk włochatej ćmy. Otrząsam się ze wstrętem. Zamykam oczy, czekam chwilę. (s.31)

 Przestrzeń, która jest tak troskliwie pielęgnowana, a zatem i oswajana przez Małgosię, zachowuje swoją nieodgadnioną i niepokojącą istotę. To ona jednak zdejmuje z bohaterki brzemię cierpienia po utracie dziecka. Ogród spełnia funkcję swoistego sanktuarium, ziemi świętej, która godnie przyjęła kapliczkę i symboliczny grób synka Małgorzaty. Bohaterka zresztą od początku uważała swojego potomka za przybysza z magicznej krainy ogrodu:

 

 

 

,,Nasz syn urodził się z otwartymi oczami. Któryś z lekarzy zażartował, że jest elfem, bo tylko elfy rodzą się z otwartymi oczami. Ktoś przyniósł do szpitala książkę o elfach. Przeczytałam i uwierzyłam.” (s. 155)

 Ból po stracie dziecka nieznośnie wzmógł się dopiero po opuszczeniu domostwa – nie koiła go już mityczna sfera pararzeczywistości.

Właściwy dramat w losach bohaterki ma źródło w konflikcie między czasem mitycznym a czasem historycznym - linearnym, który daje o sobie znać doświadczając wszystkie rzeczy prawem przemijalności - poddaje się mu dom rodziny Małgorzaty. Budynek wprowadza do idylli elementy chrome, które jego mieszkańcom już nie pozwalają spokojnie poddać się cyklicznej przemienności natury. Konsekwencją tego jest, zdawałoby się zbyt prozaiczny jak dla Driady, konflikt Małgorzaty z mężem, który odnajduje wreszcie szansę na wyrwanie żony z matni przyrody. Konflikt przeradza się w wojnę między dwoma światami – wiejską idyllą Małgorzaty i wygodnym, miejskim życiem Karola. Wygrywa w niej pragmatyzm     męża. Losy ogrodu po racjonalnej kalkulacji wszystkich za i przeciw zostają przesądzone. Małgorzata wydziedziczona ze swojej oazy i już jako dojrzała kobieta zaczyna swoją wędrówkę w poszukiwaniu utraconej tożsamości.

Świat zostaje momentalnie odczarowany, a mityczne giardino segreto zamienione na osiedlowe mieszkanko, w którym wszystko jest aż za bardzo po ręką. Bohaterka, której ,,ja” było częścią utraconego świata, usiłuje odnaleźć się w nowych okolicznościach. Dotychczas życie wydawało się oszczędzać jej, jeżeli nie cierpień, to na pewno poczucia marności i zwyczajności egzystencji. Teraz ananke zamienia się w bezwzględnego sędziego, który wymierza Małgorzacie karę za zdradę ukochanego miejsca. Pozbawieni idylli zostają również schorowani rodzice bohaterki, ich chwile wypełniają od tej pory marzenia o utraconym Raju.

 


 

Niebo miało kolor zielony, gdy była: ,,mięta, za miętą tymianek, bazylia i olbrzymie parasole lubczyka. To moje królestwo. – mawiała bohaterka -  Lubię położyć się w trawie i wąchać. Robię sobie aromatyczną saunę, naturalną inhalację odmładzającą, która oczyszcza umysł i dodaje sił. Pół godziny w zapachowym raju…” (s. 45).

Wina Małgorzaty ma bowiem coś wspólnego z mitycznym hybris – ten bowiem, kto na ziemi przygotował raj zobaczy wszystkie szarobure odcienie rzeczywistości. Gdy zatem Małgorzata sprzedała swoją zieloną posiadłość, podpisała na siebie wyrok. Do zdradzonego miejsca, które zapewniało jej opiekę nie było powrotu. Pozostało jedynie powtórzyć słowa Abrahama Cowleya: ,,Bóg stworzył pierwszy ogród, a Kain – pierwsze miasto”. Trud z aklimatyzacją w miejskim świecie okazał się tylko jednym z wielu problemów. Bohaterka rozczarowana odkryła, że jej ukochany Adam z ogrodu, to człowiek zupełnie obcy, którego mimo pokaźnego stażu małżeństwa, nie potrafi zrozumieć - tak jak dawniej podziwiać i kochać. W gruzach obok mitycznego ogrodu, legł zatem osobisty mit szczęśliwego małżeństwa. Upokorzenia odtąd nieustannie będą towarzyszyć Małgorzacie – przenikną do prywatnych i zawodowym sfer jej życia. Dramat potęguje nostalgia za utraconą harmonią i wyrzuty sumienia, że w imię fałszywego konformizmu sprzedała posiadłość. Bohaterce towarzyszą gorzkie refleksje: ,,Człowiek powinien trzymać się przeznaczonego miejsca. Jeśli coś nie jest dla ciebie, nie sięgaj. Trzeba znać własne potrzeby, trzeba być wiernym. Inaczej giniesz…” (s. 251). A zatem być wiernym sobie i swoim ideałom, bo wraz z własną tożsamością, traci się szczęście. Pozornie sztuczny, bo przecież ogrodzony płotem z wąska furtką, kiczowaty świat, o którym Małgorzata z rozczuleniem mówiła: ,,na trawie stoi stół, a na stole śniadanie. Wszystko jak z reklamy margaryny. Przystojny mąż, podający herbatę, wypielęgnowana babcia, ja, czyli pani domu, i brakuje tylko rozwrzeszczanych dzieci. Jest za to pies. Prawie jak dziecko.” (s. 10) okazał się normalniejszy od chaotycznej rzeczywistości czekającej poza jego bramą. Dlaczego więc Małgorzata zrezygnowała ze swojej Arkadii, czy wyłącznie za sprawą despotycznego męża? Chyba nie tylko. Może ,,pani raju” odczytała na swój sposób mityczne wskazania ogrodu: chory ze starości dom, powalone od pioruna święte drzewo pamięci – to znaki, które pozwoliły się wielorako interpretować. Sprzedaż posiadłości z jednej strony była próbą ucieczki od ,,ja”, którego istota była związana z życiem ogrodu, z drugiej strony okazała się wyzwaniem pozwalającym sprawdzić siebie w tzw. normalnej rzeczywistości. Małgorzata doświadczana wszystkimi ,,chorobami” współczesnego czasu, odnajduje w sobie siłę potrzebną do przebaczenia, umiejętność bezinteresownej miłości i trwania przy wyznawanych wartościach. ,,Potrzeba było zdrady i podłości, aby siebie odnaleźć. – pisze Jan Grzegorczyk - Piękno, nadzieja, wybaczenie w bohaterce powieści są jak cichy strumyk, który sprawia, ze odrastają liście i niebo ma kolor zielony.” 

 

 Okno Małgorzaty

Aleksandra Reimann

 

 

Powieść Krystyny Januszewskiej czaruje płynnym tokiem narracji, misternym budowaniem opisów, umiejętnością kreacji mitycznej przestrzeni, nie brak jej jednak i mankamentów, których dla pełnego obrazu tej interesującej książki nie przystoi przemilczeć. Wprowadzenie kompozycji szkatułkowej w połowie powieści – pamiętnik ojca bohaterki – wydaje się chwytem formalnym, jakby ,,na siłę”, z którego pisarka mogłaby zrezygnować dla bardziej płynnego przebiegu fabuły. Retardacje nieznośne spowolniają bowiem tempo przebiegu wydarzeń, na których uwaga odbiorcy koncentruje się szczególnie w odmityzowanej części powieści. Przede wszystkim jednak drażni papierowość fabularna, która dopada Januszewską, gdy chce uatrakcyjnić powieść - w moim przekonaniu - o raju utraconym ,,kroniką wydarzeń” z życia wziętą. Autorka bez opamiętania zsyła zatem na bohaterkę wszelkie nieszczęścia, które mogą spotkać każdego szarego człowieka we współczesnym świecie. Małgorzata doświadcza bezrobocia, następnie poniżenia w pracy, zdrady męża, który popada w konflikt z półświatkiem zajmującym się prostytucją i narkotykami, patrzy na starość rodziców, a w końcu na cierpienie, chorobę i tragiczną śmierć ojca, znosi alkoholowe ekscesy męża, jest zniesmaczona jego skłonnością do erotycznych perwersji i pijackich libacji. Odnoszę wrażenie, że pisarka stwarzając miraże tych prawdopodobnych – nieprawdopodobnych wydarzeń zamienia dobrą literaturę w scenariusz filmu dla niewyrobionego odbiorcy. Oczywiście jest to pomysł na dotarcie do szerokiej rzeszy czytelników, czy też potencjalnych oglądaczy – przykłady tego typu przedsięwzięć komercyjnych same przychodzą na myśl. Trudno mi jednak uwierzyć, by cel ten przyświecał autorce, która pisze najlepiej, korzystając ze swojej subtelności postrzegania świata, zdolności do empatii. Moje krytyczne uwagi nie oznaczają jednak, że obcujemy z przeciętną literaturą. Pragnę życzyć autorce powieści Niebo ma kolor zielony wierności ścieżce wytyczonej przez jej wrażliwość i fantazję, a także nieustającej wiary w to, że artysta projektuje świat na nowo i naprawdę.

 

 
 
 

Recenzja
Marzena Kowalska

Oto opowieść o przemianie myślenia i miłości.

"Dotychczas odbierałam swoje życie jak płynący nieprzerwanym strumieniem ciąg dotyczących mnie zdarzeń. Dziś, gdy rozejrzę się, widzę, jaki niewielki miałam w tym udział. Może gdybym wiedziała wcześniej, że rzeczy i tak dzieją się same, ocaliłabym siebie."

Oto opowieść sentymentalnej kobiety. Takiej, która wkroczyła już w drugą połowę swego życia. Nagle, raptownie zrozumiała, że to, co odbierała za jego koniec, będzie tak naprawdę jego początkiem. Jej początkiem.

Bohaterką powieści Krystyny Januszewskiej, jest prawie pięćdziesięcioletnia kobieta, obdarzona wspomnieniami, otoczona rodziną. Spełniona? Tylko na poły. Szczęśliwa? Już nie. Nadal spoglądająca na rodziców, ciesząca się z córki i wnuka - pomostu do przyszłości. Kobieta, dla której zawsze istotny był dom, i ogród, który go otaczał. Dwa miejsca, które właśnie są jej odbierane. I te wspomnienia, które wciąż przynoszą wyrzuty sumienia. Oraz mąż, największa pomyłka.

 
 

Autorka ma to do siebie, że pisze obrazami. Tworzy poezję chwili i sceny. Jej bohaterka, to istotny element tej scenerii. Ale tylko jeden z wielu. By zrozumieć jej pełnię, trzeba nauczyć się ogarniać wszystko. Na równi z innymi tworami autorki, zapożyczeniami, wtopić się nie tylko w życiorys bohaterki, jej problemy, ale też dobrze poznać rośliny z ogrodu. Ogrodu, z którego nie powinno się przesadzać starych drzew.

Ale co kryje się pod metaforami tej powieści? Może to, że każdy z nas potrzebuje własnego miejsca na ziemi. Dumnej ostoi, bezpieczeństwa. Miejsca, do którego chce się wracać, które pragnie się pielęgnować. Ale też jest tutaj miejsce na uświadomienie sobie, iż to zwyczajne życie, tak naprawdę wymaga od nas wielu poświęceń. Nauczenia się, by wybaczać i chować smutek. W tej na poły autobiograficznej powieści, autorka przekazuje nam wiele własnych mądrości, ale przede wszystkim ofiaruje nam szansę, by zrozumieć siebie.
 

 

To jedna z powieści, do których pasuje określenie - mądra. Ale nie powinno to nikogo przerazić. Ta powieść, to coś, co pasuje dla każdego.
 
     Niebo ma kolor zielony autorstwa Krystyny Januszewskiej jest doskonałym przykładem prozy ciepłej i potrzebnej w czasach spadku popytu na wrażliwość. Utonęłam w tej zieloności na kilka wieczorów i naprawdę byłam w niebie.
Barbara Kosmowska
                                                                                                              
          (...) Wielkie znaczenie w tej książce ma motyw starego ogrodu, mitycznego toposu, który w jakiejś mierze określa, by nie rzec determinuje życie głównej bohaterki. Rozstanie ze starym ogrodem, w którym zapisane są dzieje całej, wielopokoleniowej rodziny, jest rozstaniem z cząstką siebie. Rozstanie to cezura, które dzieli jej życie na dwie części: ta z ogrodem kojarzyć się jej będzie ze szczęściem, ta druga z przegraną...
Stefan Drajewski – Głos Wielkopolski

          (...) Ogród – piękny przyjaciel, spowiednik i powiernik, ale i złodziej. Za swoje piękno odbiera duszę i uzależnia od siebie. Wymaga, ale i odwdzięcza się w dwójnasób. Mieszkańcy domu starzeją się razem z nim, razem z nim tracą siły, w końcu go zaniedbują. W tej powieści wszystko od ogrodu się zaczęło i wszystko się tam kończy. Powieść jest współczesną baśnią. Pisarka trochę łudzi i zwodzi czytelnika, sprowadza go na manowce, pokazuje piękny świat, pomimo wszystkich problemów. Może powieść ta nie odmieni losu, nie zmieni biegu wydarzeń, ale choć na chwilę pozwoli zobaczyć wśród szarości  życia tęczę na niebie, która na moment będzie miała kolor zielony. Książkę tę powinni przepisywać lekarze, jako antidotum na smutek, nostalgię, czy zniechęcenie życiem, bo przecież czytamy „Szczęście to nie jest drożdżowy placek”
Magda Głaz  (kafeteria. pl/kultura)

          (...) Niebo ma kolor zielony nie jest lekką książką na lato. To raczej książka na jesień, zwłaszcza jesień życia, do której autorka przygotowuje w sposób wyjątkowo mądry i piękny.
Marta Mizaro (czytelnia.onet.pl)